czwartek, 18 października 2018

Kto zatraca się w cierpieniu cz.2

Ponieważ zależało nam aby iść bezkompromisowo za Bogiem nie miałam obiekcji gdy przystępowaliśmy do tego "kościoła". Etap I to przyglądanie się. Wszyscy byli mili, troskliwi i zapraszali nas do siebie. Kobiety szybko mnie zaakceptowały i byłam u nich częstym gościem. Chodziliśmy do "pastora" na studium Biblii. Zadawaliśmy mnóstwo pytań i dostawaliśmy cierpliwie udzielane wyjaśnienia. Długo dyskutowaliśmy. Nie ukrywam podobało mi się to, że tak szczegółowo mogliśmy analizować treść Pisma Świętego. Zdecydowaliśmy się na przystąpienie do nich po dwóch czy trzech miesiącach. To był ponad rok po ślubie. Wtedy już odczuwałam samotność. Straciłam pracę, a mój mąż wydawało mi się że robi wszystko aby za szybko do domu nie wracać. Wychodził wcześnie wracał późno a ja siedziałam sama. Zainteresowanie tak wielu osób imponowało mi. Na spotkaniu, na którym zostaliśmy członkami "kościoła" zadawano nam wiele pytań. Następnie poinformowano nas że jednym z warunków przystąpienia do nich była zgoda na ingerencję w życie osobiste. Mieliśmy dopuścić ich do każdej sfery naszego życia. Ponieważ non stop słyszeliśmy, że do tego "kościoła" nie może przystąpić byle kto, że to elita i tylko inteligentni ludzie mogą tam być daliśmy się złapać na ten lep. Byłam dumna, że dokonuję najlepszego wyboru w życiu. Zgodziłam się na te warunki. Gdybym wtedy wiedziała co mnie czeka. 
Lubiłam wyjeżdżać na weekendy, a właściwie połowa soboty i niedziela, bo mąż pracował w soboty. To był jedyny czas kiedy mogliśmy spędzić trochę czasu razem. Starałam się organizować taki wyjazd raz w miesiącu. Po kilku takich wyjazdach usłyszałam, że "albo śmierć albo ciężka choroba może mnie usprawiedliwić od nie bycia na spotkaniu niedzielnym". Wyjazdy skończyły się. Mogłam już wtedy zorientować się co się dzieje. Mój mąż stawał się coraz bardziej podatny na decyzje prowadzącego. Bez dyskusji i żadnej autorefleksji przyznał mu rację i odtąd nie wyjeżdżaliśmy już nigdzie. Z awanturą wyjechaliśmy ze zjazdu rodzinnego bo trzeba było zdążyć na spotkanie (tak było nazywane niedzielne niby nabożeństwo). Nie było to jednak nabożeństwo bo więcej jak o Bogu rozmów było o polityce. Spotkania trwały coraz dłużej. Po kilka godzin w niedzielę, a często też spotkania w sobotę wieczorem. Zaczęły być organizowane wieczory filmowe, wspólne kolacje itp. "Pastor" wybierał filmy, które są najlepsze do oglądania, organizował czas wolny i niewolny. Powoli całe życie zaczynało być podporządkowane decyzjom "pastora".
c.d.n.

środa, 17 października 2018

Kto zatraca się w cierpieniu, nie może być człowiekiem wolnym - Pitagoras

Dlaczego piszę tyle o wolności? Ponieważ jest dla mnie najważniejsza. Wyrwałam się z sekty, ale gdzieś tam w głębi siedzi drzazga, która przy każdym poruszeniu odnawia ranę. Moje otoczenie nie do końca rozumie co przechodzę. Wiem, każdy ma swoje problemy i to one wydają mu się największe. Nikt w dzisiejszym świecie nie chce słuchać "za darmo" o problemach innych. Nie jest prosto poradzić sobie z tym wielkim bólem, który ściska serce jak w imadle. Nieraz mam wrażenie, że już nie zacznie bić od nowa. Kiedy wracam do wspomnień, ból jest tak poruszający, że zatyka oddech i łzy same płyną po policzkach. Tak wiem, że jestem ważna. Tak wiem, że nie warto rozpamiętywać. Co z tego, jak głowa sama wraca do tego co było a nie cieszy się z tego co jest. Nie mogę w nieskończoność uciekać w pracę. Modlę się o ratunek i wyzwolenie z okowów tragedii i poczucia winy, że zmarnowałam wiele lat życia. Odczuwam nieodpartą potrzebę odzierania się z tajemnicy, rozdrapywania ran i analizowania bez końca swoich grzechów. Ze wstydu chciałabym zapaść się pod ziemię, a z drugiej strony bez żenady o tym opowiadam jakbym szukała rozgrzeszenia wśród ludzi. Widzę na twarzach konsternację, brak zdecydowania "co powiedzieć?". Uciekam w siebie, by nie katować innych rozterkami. Czekam aż czas uleczy rany ale to nie przechodzi. Czy znajdę tu ukojenie? Czy wylewanie swoich "brudów" publicznie coś pomoże? Nie wiem. Mam nadzieję. 
"Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem..." tak śpiewali Chłopcy z Placu Broni, jednak gdy wchodzą w grę wyższe wartości dla człowieka łatwo się możemy tej wolności pozbyć. Na przykład miłość lub wiara. Ja oddałam wolność dla obu. Zawsze chciałam iść prostą drogą wiary. Oddałam życie Jezusowi i myślałam, że od tego momentu wszystko będzie prostsze. Ale tak się nie stało. Zakochałam się w osobie, która przyprowadziła mnie do Jezusa i wyszłam za niego w wieku 20-tu lat. Chciałam być wzorową chrześcijanką, odwdzięczyć się Bogu za swoje poprzednie życie.

Na ratunek sobie.

Dziś po raz pierwszy zdecydowałam się otworzyć bloga. Jego kształt będzie tworzył się w trakcie pisania. Nie mam określonej koncepcji wiem jednak po co powstał.
Powstał ponieważ odczuwam nieubłaganą potrzebę rozliczenia się z problemami. Może powinnam pójść do psychologa, może ktoś tak orzeknie. Póki co wolę podzielić się tym z wami, a przy okazji może uda mi się zawalczyć o siebie. Być bliżej siebie.